wtorek, 22 października 2013

Przerywnik

   Drodzy moi,
Ponieważ na blogu ostatnio zaistniała pewna sytuacja, mam do was ogromną prośbę. Chciałabym abyście odpowiedzieli mi na kilka pytań:

   1. Skąd twoim zdaniem wzięła się nazwa bloga "Irlandzkie Anioły"?
   2. Jakie cechy mogą posiadać anioły?
   3. Która z przedstawionych postaci twoim zdaniem najbardziej odpowiada tym cechom?

   Na odpowiedzi czekam do 5 listopada do godziny 19:00. To nie jest konkurs, coś bardziej jak ankieta. Chciałabym poznać waszą ocenę sytuacji.
   Z góry dziękuję.

TheAvcia

wtorek, 15 października 2013

Powtórka z rozrywki

   No i co? Minęły cztery miesiące. Jesteś z siebie zadowolony?

   Tak, tak by właśnie powiedziała Izabela Antoniowi gdyby go zobaczyła. Od czterech miesięcy żadne ze świadków wydarzenia nie odezwało się do reszty. Ale to nie było największym problemem Izabeli. Zbliżał się dzień, w którym jej pierworodny miał skończyć pół roku. Może dla zwykłych ludzi nie było to niczym zwyczajnym, ale dla Izabeli to mogło oznaczać koniec. Bała się tego, co się może zdarzyć. Bała się, że stanie się to, co stało się już kiedyś. Coś, czego już była świadkiem. Tym razem miała sama wziąć w tym czynny udział. Ba, miał grać główną rolę w tej tragedii. Bała się, ale nie o siebie. O Marka. Sama nienawidziła swojej matki, ale wiedziała, że to byłoby okropne dorastać nie znając jej, a jedynie wiedząc, że zabiło ją coś co nie powinno istnieć.

   Tak, nerwy odmawiały Izabeli posłuszeństwa, tym bardziej nastroju nie poprawiał jej fakt, że nie odezwała się do Arkadiusza od tygodni. Razem jedli, spali (w znaczeniu dosłownym i przenośnym) i uczestniczyli w życiu publicznym nie dając po sobie poznać tego, że jest między nimi jakieś spięcie, jednak z własnej woli nie rozmawiali. A już z pewnością nie na temat na który powinni.

   Alec, gdzie ty jesteś? Ty zawsze umiałeś z nią rozmawiać, pocieszyć ją. Ona naprawdę cię wtedy potrzebowała. I tak byś jej nie uwierzył. Nigdy nie wierzyłeś w historię śmierci twojej matki, więc dlaczego teraz miałbyś wierzyć? W innej sytuacji nigdy byś się nie zastanawiał, więc czym ta różni się od innych? Dotyczy was wszystkich bardzo osobiście. Jest dla was próbą. Próbą, której do tej pory nikt nie przeżył.

  A w każdym razie żadna kobieta.

  Ten dzień należał do niezapomnianych w historii Volterry. Nigdy wcześniej i nigdy później nie wydarzyło się nic takiego. Jeden z tych cichych dni. Atmosfera w zamku stawała się nie do zniesienia. Wszyscy wyczuwali zbliżającą się burze, ale jedyna Izabela wiedziała co się stanie. O ile rano tylko się denerwowała, wieczorem przeżywała prawdziwe piekło. Przeczucie?

   Zbliżała się północ, kiedy Izabela zrobiła jedną z najbardziej naiwnych rzeczy w życiu i poszła do sypialni Marka. Świeczka, którą zapaliła wychodząc stamtąd kilka godzin wcześniej. Nagle coś rzuciło ją o ścianę. Wiedziała, że może krzyczeć, a i tak nikt jej nie usłyszy bo od dawna już wszyscy spali. Poczuła się jakby cofnęła się w czasie o szesnaście lat. Ta sama postać, ten sam stwór, pochylał się nad kołyską jej syna. Nie wytrzymała i krzyknęła. Na dźwięk jej głosu upiór odwrócił się i zniknął przewracając przy tym świeczkę i wywołując pożar. Izabela chwyciła na ręce płaczącego Marka i wybiegła z komnaty budząc przy okazji resztę dworu. Gdy wybiegła do ogrodu, ogień zdążył już strawić znaczną część zamku w tym sypialnie rodziny królewskiej i salę tronową. [Po namyśle stwierdzam, że ten zamek był beznadziejnie zaprojektowany] Znaczna część ludzi zdążyła wybiec, wszędzie było widać osoby niosące wodę lub pomagające rannym, ale nigdzie nie było widać Arkadiusza. Izabela już chciała wbiec z powrotem szukać go, ale Morten jej przeszkodził przemawiając jej do rozsądku, że będzie lepiej jeżeli Marek straci jednego rodzica zamiast dwóch. Izabela przyznała mu rację, ale nie chciała dopuścić do siebie myśli, że tak by się mogło stać.

To o tym mówił Terpin. Pieprzony sukinsyn.

   Nagle z nieba zaczął padać deszcz, a raczej była to ściana deszczu. Pożar ugasił się tak szybko jak się wzniecił. Ludzie zaczęli płakać i modlić się. Wszyscy z wyjątkiem Izabeli, która coraz bardziej traciła nadzieję na to, że znów zobaczy męża. Ale on pojawił się na schodach, co wywołało okrzyki radości. Był czarny od dymu, kaszlał. Izabela już chciała podbiec do niego uściskać go, ale coś ją powstrzymało. On podtrzymywał kogoś, kto nie był w stanie iść samemu. Kiedy reszta tłumu zorientowała się kim jest ta osoba, natychmiast zapadła cisza.
-Synu!-mówił drżącym głosem król senior.-Dziękuję ci.
  Zamknął oczy.
Arkadiusz położył go na trawie opierając głowę o kawałek kamiennego podestu. Natychmiast obok nich pojawiła się Izabela i trzymając teścia za rękę przemawiała do niego spokojnie, acz z troską. Słyszała jak oddycha i brała to za dobry znak. Zaraz podbiegł do nich medyk, ale król senior kazał mu iść zająć się młodszymi, którzy ucierpieli w pożarze. 
-Nie potrzebuje leku.-powiedział ochryple-potrzebuję cudu
-Chyba wiem co można na to poradzić mio signore.
   Spojrzeli w bok na najmniejszą osobę jaką w życiu widzieli.
-Babko!-Izabeli łzy zakręciły się w oczach.-Czy Babka naprawdę wie jak pomóc?
-Czyżbyś zaczęła wątpić w starą wiedźmę, moje dziecko?
  Arkadiusz popatrzył na nią błagalnie. Mimo iż nie miał nigdy dobrych relacji z ojcem za nic w świecie nie pozwoliłby mu umrzeć. W okół zbierał się tłum gapiów powstrzymywany przez Mortena (w jakimś stopniu) obserwujący jak kobieta (która notabene powinna była być spalona na stosie dawno temu) ratuje ich władcę. Typowy dzień w mieście tak nietypowym jak Volterra.

   Przez następne godziny nikt się nie odezwał. Wszyscy brali udział w tej walce o jego życie.


Dedykowane Chmielowi, bo jak się dowiedziałam była od tego uzależniona. 

sobota, 12 października 2013

Początek końca

-Nie chcesz tego zrobić.-Maria podeszła do niego na bezpieczną odległość. Nie bała się go, ale nie była pewna jak zareaguje.
-Właśnie, że chcę. Nie musiałbym tego robić, gdybyś ich wszystkich nie okłamała.
-Nie okłamałam ich.-Teraz Maria zaczęła się bać.-Antonio sam tak wywnioskował.
-Ale mu powiedziałaś.-Mężczyzna podszedł do niej, wciąż kryjąc twarz w cieniu, żeby nie mogła nic z niej odczytać.-Skądś się dowiedział.
-I tak by się dowiedział.
-Mogłaś uciec ze mną, tak jak mówiłem.-wyszedłszy z cienia chwycił ją w pasie.-Pomyśl, było nam tak dobrze ze sobą.-Przytulił ją i delikatnie całował we włosy.
-Znalazłby mnie.-Maria miała łzy w oczach, ale odwzajemniła uścisk. -Wszędzie by mnie znalazł.-Teraz płakała już otwarcie.
   Stali tak chwilę próbując nacieszyć się sobą. Był cierpliwy. Pozwolił jej się wypłakać. Próbowała się uspokoić, ale nie była w stanie. On delikatnie zcałowywał łzy spływające jej po policzkach. A gdy przestała szlochać, pchnął ją na filar odgradzający podcienia od światła księżyca.
-Ktoś nas może zobaczyć.-ostrzegła go, ale było to prawie niesłyszalnym jęknięciem, bo właśnie wtedy zmiażdżył jej usta w pocałunku.
-Daj spokój-mówił całując ją w szyję.-Nikt nas nie zauważy. Wszyscy są tak pijani, ze nawet tu nie zejdą.
   Nie wszyscy, pomyślała, ale nie śmiała mu przerywać. Szeptał jej do ucha czułe słówka jednocześnie pieszcząc i uwodząc. Mówił, że ją kocha, a ona mu wierzyła, ponieważ nigdy nie czuła się kochana. Pragnęła go i rozumiała co to dla niej oznacza.
-Dokąd chciałbyś uciec?

***

   Stali tak oparci o filar. Zabrałby ją na koniec świata. On chciał jej, ona jego, nic nie mogło przeszkodzić im w tej cudownej chwili. Nic, nawet pojawienie się Antonia, obściskującego jakąś młodą służącą. Pijany nie był w stanie poradzić sobie z guzikami jej bluzki. Nagle zobaczył go dobierającego się do jego siostry. Absolutnie nie myśląc o konsekwencjach, sięgnął po miecz.

***

   Izabela siedziała przy stole i obserwowała towarzystwo w stanie całkiem konkretnej libacji. Nie lubiła spędzać czasu z ludźmi pod wpływem, ale tym razem postanowiła bawić się tym widokiem. Znaczna część gości zniknęła, by odpocząć lub Bóg jeden wie co jeszcze. Szczególnie bawił ją widok Stryja Paddy'ego tańczącego stary irlandzki taniec z nieświadomą całej sytuacji Danielle, która ledwo trzymała się na nogach. Nagle, tknęło ją przeczucie. Zerwała się i minąwszy Aleca skierowała się ku drzwiom do ogrodu.

-Ma rację.-pomyślał-tylko, że ja nie powinienem o tym wiedzieć.

***

-Antonio!
-I ty skurwysynu...-Antonio sapał przez zęby i grożąc przybyszowi mieczem-masz jeszcze czelność się tu pokazywać? Po tym wszystkim co nam zrobiłeś! Co JEJ zrobiłeś!
-Antonio, to nie tak.-Maria próbowała opanować zaślepionego złością brata. "Próbowała" to dobre określenie, ponieważ on odepchnął ją tak mocno, że aż miała wrażenie, że frunie przez dziedziniec.
-Antonio, ja ci wszystko wyjaśnię..-bełkotał przerażony.
-Nic mi nie musisz tłumaczyć-ryknął władca i uderzył go kilka razy rękojeścią w twarz, aż ten nie zaczął pluć krwią na ziemię.-Jak... miło... że... przyszedłeś.-mówił między kolejnymi ciosami-Oddałeś mi wielką przysługę. Nie muszę teraz opuszczać zamku, żeby obić twój zdradziecki ryj.
-Antonio!-Krzyknęła Maria po raz kolejny, gdy jej wybranek zaczął tracić przytomność.-Na litość Boską, Antonio, uspokój się.
   Ale on ją zignorował.

-Antonio!!!

   Nagle wszystko wydarzyło się w tym samym czasie. Izabela podbiegła i złapała Marię w pasie, ta zdążyła tylko jęknąć, gdy jej brat stępił miecz o kręgi szyjne jego ofiary. Bezgłowy trup padł na bruk i na dziedzińcu zapadła cisza, która utrzymywała się przez najbliższe kilka sekund.
-NIEEEEE!!!-rozległo się i Maria chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, że to ona krzyczy.
   Niespodziewanie pojawił się obok nich Alec, który rozbroił pijanego Antonia w obawie, że ten zabije kogoś jeszcze. Maria padła na kolana i znów zaczęła otwarcie płakać. Izabela wymieniła szybkie, ale znaczące spojrzenia i podeszła do oniemiałego Antonia. Głaszcząc po głowie jak przerażonego dzieciaka, pomogła mu wstać i odprowadziła go w stronę schodów. To nie był pierwszy raz, kiedy Alec widział płacz i żal kobiety, mimo to nie potrafił się otrząsnąć z szoku, nie mniej jednak starał się uspokoić załamaną księżniczkę. Widok i zapach krwi spowodował w nim uczucia, których wcześniej nigdy nie odczuwał. Nie podobało mu się to.

   Izabela nie byłaby sobą gdyby nie zrobiła czegoś zupełnie innego od tego, co się po niej spodziewano. Antonio leżał oparty o filar, nie bardzo wiedząc co się dzieje, a Izabela, pełna wrodzonej wyrozumiałości i zrozumienia, oblewała go zimną wodą i "klepała po policzkach".
-Antonio, ty skończony idioto. Jak mogłeś tak zaprzepaścić coś nad czym pracowałam... pracowaliśmy przez tyle czasu. Pchły mojego psa są inteligentniejsze od ciebie, a gdybyś wdał się z nimi w dyskurs mogłyby uzyskać nad tobą przewagę. Czy ty naprawdę jesteś aż tak ślepy? Otrzeźwiej w końcu!-Przy ostatnim "klepnęła" go tak mocno, że się przewrócił.-I powiem ci jeszcze jedno, bękarcie diabła, że gdy jeszcze raz poprosisz mnie o pomoc z siostrą w najlepszym wypadku nie usłyszysz odpowiedzi.
   Wstała, otrzepała suknię i skierowała się w kierunku Aleca, ale coś przykuło jej uwagę. Arkadiusz. Stał na schodach i przyglądał się efektom zdarzenia, które miało miejsce chwilę temu. Kuzyn jego żony pocieszający jego niedoszłą narzeczoną, której brat został właśnie pobity przez tę właśnie żonę, był czymś z czym Arkadiusz nie miał do tej pory do czynienia. "Nie. Będzie zadawał pytania. Wszystko się wyda" myślała Izabela. "No i będę miał jeszcze kuzynkę na głowie" myślał Alec. Maria przestała płakać, ale ze łzami w oczach odwróciła głowę w stronę przybysza. Arkadiusz oceniwszy sytuację postanowił się wycofać. Nie dlatego, że bał się odpowiedzialności, ale krew zadziałała na niego podobnie jak na Aleca.

   To nie była jego wina, że tak zareagował. Po prostu dosyć specyficznie zachowywał się w obliczu krwi. Działała na niego niepokojąco. Wciąż miał przed oczami widok młodego chłopca, którego musiał zabić. Musiał? Sam tego nie wiedział, ale czuł się odpowiedzialny śmierci jego i tysiąca innych osób.
   Gdzie jest Fleur? Jego przyjaciółka ze studiów. Gdzie ona jest? Wiedziałaby co zrobić w takiej sytuacji. Zawsze wiedziała. Zawsze umiała doradzić. Mistrzyni ludzkiej psychiki tak dobra, że przez pięć lat studiów nikt nie zauważył, że nie jest mężczyzną. Nikt z wyjątkiem Arkadiusza. No gdzie? Doskonale się uzupełniali. Fleur była żywa i wesoła pomimo swojej trudnej przeszłości, Arkadiusz poważny i zmęczony życiem, chociaż nie miał ku temu powodu. Znali się jak łyse konie, ale nigdy między nimi nie było nic więcej. Teraz, gdy znalazł się w tej trudnej sytuacji potrzebował jej. Był wściekły, bo wiedział, że nigdy jej już nie zobaczy. A szkoda. Chciał jej tyle powiedzieć, tyle przekazać. Ona zawsze umiała go rozweselić. Była tak delikatna, że Arkadiusz często się zastanawiał jak to możliwe, że tylko on to zauważył. Jego najlepsza przyjaciółka nie miała pojęcia, że się ożenił, że ma syna. Bał się tego jakby zareagowała na tą wieść, ale mimo to chciał jej o tym powiedzieć. Był pewien, że zaprzyjaźniły by się z Izabelą, chociaż był tego pewien również w związku z Danielle. Mógłby po nią pojechać, odnaleźć ją, ale to by się wiązało z wyjechaniem do Paryża i zostawieniem w Volterze Izabeli, a przecież ona go teraz potrzebuje. Nie tylko ona. Przecież teraz jest jeszcze Marek, więc nie może pozwolić sobie na opuszczenie ich. Nie, oni są ważniejsi niż jego prywatne problemy. Chociaż?

   To był początek końca.


Dedykowane Bartkowi ;) bo mnie poganiał i wierzył, że w końcu mi się uda.